Baśnie nim wrzaśniesz
Trzeba uczciwie przyznać, że nie każdy naród ma szczęście być rządzony przez tak wybotne, cywilizowane jednostki. Ba, ale też nie każdemu przytrafiają się z woli Ducha Dziejów tak znakomici arbitrzy elegancji, jak Uber-Kniaź Chochlik i jego czerska, tfu, czerstwa świta. Uber-Knieź Chochlik, jak wieść gminna niesie niegdysiejszy bojownik w walkach o zmianę paradygmatów w życiu rzeczonej krainy, skrzętnie pilnował przez lat wiele, czy aby jakieś buractwo i ciemnota nie zakłóca harmonijnego rozwoju umiłowanego przezeń spłachcia (albo spłachecia, jak kochana dziatwa woli) ziemi.
Żyło się tam wszystkim jak w bajce (bo to w sumie jest bajka). Kraina płynęła mlekiem, miodem i wolnością słowa, którą obficie raczył wszystkich dobrotliwy Chochlik (dobrotliwy Chochlik to co prawda sprzeczność sama w sobie, ale co tam). Co prawda, złe języki twierdziły, że dla niektórych nie starczało mleka i moidu, więc chlali jabole, ale kto by tam wierzył ciemnym chamom, co nie załapali się na dobrodziejstwa rozdawane hojną ręką przez wspomnianego już Ducha Dziejów (i Transformacji). Byli też tacy, co mówili, że z wolnością słowa też jest krucho, no ale były to zwykle jednostki chore i aspołeczne. A w dodatku śmierdziało im z buzi, gdyż albowiem mózgi im zgniły od umiłowania pojęć takich jak "tożsamość narodowa", "pamięć historyczna" i tym podobnych pierdół (albo pierdołów, jak kochana dziatwa woli), które kniaź Chochlik i jego czerscy, tfu, czerstwi kompanioni słusznie zdiagnozowali jako ciemnotę i czarnowidztwo, źle widziane w tej pełnej janości i wszelkiego szlifu krainie.
Któregoś dnia - mówiąc w skrócie, bo jak widzę dziatwa przysypia - wszystko się popierniczyło. Okazało się, że być mozę to Uber-Kniaziowi wali z buzi, ale to z zupełnie innych powodów (honorowych, mówiąc w skrócie). Takoż krewnym i znajomym Kniazia, z którymi rzeczony żył raz lepiej, raz gorzej. Jeden taki, co niby kulał, okazał się zwykłym - jak się to mówi - nosicielem wirusa filipińskiego. Inni też stracili uznanie w oczach baśniowego ludu, który choć baśniowy, więc cokolwiek oniryczny, miał jednak jaja. I to jak (moherowe) berety. No itak się jakoś złożyło, że wskutek spadku zaufania do Chochlika (i jego świty tudzież krewnych i znajomych oraz innych ludzi honoru) ludkowie owej pieknej krainy wyśnili sen złoty, sen malowany: rządy dwóch chwatów-skrzatów, którzy w latach nad-władzy skompromitowanego chwilowo Kniazia Chcochlika a to byli za, a to przeciw, ale wsumie chyba jednak śmierdziało im z buzi wedle czerskich (tfu, czerstwych!) standardów.
Co się później działo, trudno opisać. Zawrzało w całej baśniowej krainie., ba, nawet w całym bajowym śródmorzu. Się okazało, że skrzaty to wcale nie skrzaty, ale normalnie zaklęci w nikczemnej postaci słudzy Mordoru. Jednym słowem: żoliborska masakra piłą mechaniczną i upadek wszystkich norm, które z taką troską przez lata pielęgnował jedyny pozytywny bohater naszej bajki, Uber-Kniaź Chochlik. Bywa: historia nie ma litości nawet dla baśniowych królestw. Co dalej? Powiem w skrócie, bo jak widzę dziatwa znów przysypia: znów wszystko cokolwiek się rypło. Rypło się, bo to i owo, wuj Olbrzym dupa, kum Jędrzej wszystko przeochędożył (znaczy się: stracił historyczną szansę), skrzaty też nie stanęły na wysokości zadania (hi hi), kadry za cieńkie, świta Kniazia wziąż dośc mocna, itp., itd. A poza tym make peace not IV RP.
Stąd teraz - uwaga śpiochy! - teraz znów jest lepiej! Zrozumiała smarkateria?! No to siusiu, wybiórcza i spać. Kwa, kwa. Kwa.

I zakończenie takie smutne.
Myślałem że moze chwaty-skrzaty wróca z wygnania i dokończą dzieła...